Z perspektywy współczesnego czytelnika, gdy zaczynamy wspominać stary KSM, to mówimy trochę o prehistorii, sięgając myślą w ubiegły wiek…

Ten upływ czasu mocno mnie przeraża. Na szczęście wspomnienia mają wartość terapeutyczną, ponieważ bezczelnie zmuszają do poruszania pamięcią, a w moim wieku taki trening bardzo się mózgowi przydaje.

Zastrzeżenie, że rozmawiamy o początku lat dziewięćdziesiątych jest istotne, bo to czas rewolucyjnego przełomu politycznego, społecznego i kulturowego.

Niemal z dnia na dzień weszliśmy do wielkiej łajby, w której wszyscy chcieli żeglować w swoją stronę, a nikomu nie chciało się dmuchać w żagle i nikt nie trzymał steru. Każdy szukał szansy dla siebie, każdy sięgał po marzenia, a młody kapitalizm miał dopiero urodzić swoich pierwszych burżujów i pierwszego Bagsika.

I właśnie oni najmocniej pragnęli być tacy sami, jak ich rówieśnicy z zagranicznych czasopism typu „Bravo” i „Popcorn”, jak chłopcy i dziewczyny z filmów i seriali. Otwarci, nowocześni, wyzwoleni, rozmawiający o wszystkim.

Bardzo szybko pojawił się też nowy Bóg – pieniądz. Kult kasy. Przedsiębiorczość, która przyszła razem z nowym ustrojem, była wybawieniem i zakałą jednocześnie. Pamiętam wielki wysyp listów ze wspólnym motywem: „mama z tatą trzepią kasiorę, a ja tu ginę”.

Na szczęście nad tą lawiną smutku potrafiły górować listy pełne optymizmu, dobrego humoru, świetnych próbek literackich i pisarskich.

Znalazłem w Internecie poetkę, Annę Łukasik-Widz, która w swoim bio napisała: „Debiutowałam na łamach Kalendarza Szalonego Małolata”. Zrobiło mi się miło. Szalenie!

CDN…