Byłoby extra. Ale jak już wspominam, to wspomnę: drugs to nigdy nie byłem ja. Zaliczyłem kompot, tę polską makiwarę z upojnych lat komunizmu, bo pewnie każdy musiał/chciał jakiś odlot zaliczyć. Miałem po tym tak ciężką banię i tak dokumentny brak odlotów, że na samo wspomnienie robiło mi się niedobrze. Żadnej nirwany, żadnych wizji, żadnego przenoszenia czołgów z Wietnamu do Stanów i z powrotem, ani nawet walki ze smokami, nic.
Trawka? Bez wrażenia. Kiedy inni mieli durnowaty humor, mnie nie rozkręcała. Ale może blanty nie są dla ponuraków, a ja od małego – aż do pasa – jestem ponurakiem i nic na to nie poradzę.
Został mi więc jedynie seks i rock and roll. I tego chciałbym się trzymać, jeśli lędźwia pozwolą.
W nowym KSM o seksie będzie dużo. Sam sobie obiecuję (Anuszka nic jeszcze o tym nie wie).