O Kalendarzu Szalonego Małolata powstało kilka prac magisterskich i jedna doktorska. To powinno nam, wszystkim autorom KSM, schlebiać, bo wszyscy złożyliśmy się na jego sukces. Stworzyliśmy niezwykłą panoramę młodości lat 90. Powstał raport złożony głównie z głosów ludzi wykluczonych, którzy nie mieli szans na znalezienie sobie miejsca w mainstreamie. Niepokorny, obrazoburczy, czasami wesoły, a często refleksyjny. Trochę poważny, a trochę szajbnięty. Jak życie.

Ówczesne gazety „dla młodzieży” prezentowały lukrowany świat młodych gwiazd i celebrytek (wtedy jeszcze nie znaliśmy tego słowa), starzy zajmowali się odzyskiwaniem, po latach komuny, życiowego wigoru i budowaniem pozycji społecznej – kto by miał czas dla dzieci? – a KSM stał się tym, czym dzisiaj jest Facebook i inne media społecznościowe: platformą do rozmowy.

I w ogóle nie lał się hejt! Nikt nikomu nie dowalał, choć wszyscy bronili swoich racji.

I dzisiaj, kiedy wznawiam coś, co nie wiem, czy w ogóle da się wznowić, mam o ten hejt obawę największą: czy potrafimy rozmawiać – tak, jak wtedy?

To będzie Kalendarz Starszego Małolata. Rzecz dla dziewczyn, które mają lat… mniej niż sto i więcej niż dwadzieścia. Dlaczego taki rozrzut? Bo jeśli ktoś ma w sobie prawdziwe szaleństwo, to ma je na całe życie. Niezależnie od wieku.

Możesz mieć sto i jeśli czujesz się tak, jak ja – na 44 – to kto broni myśleć o sobie – JESTEM SZALONA?

No właśnie.

Nie wiem, czy to jest dobry tekst na początek, ale luz. Spiekło mi gębę marcowe słońce. I to wydaje mi się najbardziej optymistyczne.